Wiktory, ach Wiktory!

Na początek lansik – blog mój zauważa się w szerokim świecie. Ostatnio na forum fanów grupy TISM, których bardzo przeraziła notka o “Everyone Else Has Had More Sex Than Me”. Najbardziej zafrapowało ich w niej chyba przede wszystkim to, że nie są w stanie zrozumieć ani słowa. Może to i lepiej, bo dopiero bym dostał po głowie za to co tam powypisywałem.

Ale ja nie o tym. Ja dziś o popkulturze naszej rodzimej – czyli o Wiktorach. Tych naszych fikuśnych polskich telewizyjnych Oscarach, których rozdanie podglądałem wczoraj jedynym okiem. Będę chyba jedynym bloggerem w polskiej sieci, który poświęci im parę słów.

Nie będę komentował tutaj wyborów szacownej Telewizyjnej Akademii Wiktorów, która, niczym Amerykańska Akademia Filmowa, składa się z laureatów poprzednich edycji (co też jest bardzo znaczące). Bo takie komentowanie jest trochę bez sensu na dłuższą metę. W jednym z wielu dorocznych plebiscytów grupka ludzi wyłania (często spośród samych siebie) najlepszych ich zdaniem w danej branży. Co mi do tego? NIC. I właśnie o to chodzi. Nie ma się o co żołądkować, tak jak niektórzy to czynili w przypadku niedawno rozdanych Koraków (to z kolei nasze własne polskie Eisnery) i dowodzić, że ktoś zasłużył bardziej niż triumfator w danej kategorii. W jednym plebiscycie wygra ten, w innym ktoś inny. Taka kolej rzeczy.

Dziwić może tylko uznanie Grzegorza Miecugowa i Tomasza Sianeckiego za “Odkrycie Telewizyjne Roku”. Na Boga, przecież “Szkło Kontaktowe” gości na na antenie TVN24 już od ponad dwóch lat i srogo dokopywało jeszcze poprzedniej formacji rządzącej. Nie mówiąc już o tym, że obydwaj prowadzący znani są od lat. Jakie z nich zatem “odkrycie roku 2006″, do cholery? Chyba tylko takie, że w ubiegłym roku zaczęto ich określać mianem “zjawiska”. No, ale odkrycie? Bez jaj. Podobnym “odkryciem” roku mogła zresztą okazać się Kasia Cichopek, na ekranach telewizorów obecna już parę lat, ale najprawdopodobniej chyba dopiero teraz Telewizyjna Akademia Wiktorów dostrzegła jej istnienie.

Ale nie Miecugow i Sianecki są głównym powodem, dla którego piszę tę notkę. Ani nawet Kasia Cichopek. Tym powodem jest Maciej Orłoś. Prowadził galę, ale i tak załapał się na prestiżową nagrodę w kategorii “Najlepszy prezenter lub spiker telewizyjny”. Niby nic wielkiego, ale to mi jednak mocno zgrzytnęło. Konferansjer prowadzi całą galę, mimo że wiadomo że jest nominowany w jednej z kategorii. Co rzecz jasna implikuje fakt, że ma duże szanse na zwycięstwo w niej. Jakby tego było mało – ON W TEJ KATEGORII WYGRYWA. Oczywiście robi się zamieszanie, bo konferansjer staje się w tym momencie obdarowanym, więc wykonuje tylko parę kroków w kierunku wręczającego statuetkę, wypowiada standardową formułkę dziękczynną a potem z widocznym zakłopotaniem zastanawia się, gdzie by tu schować otrzymaną nagrodę. Może pod pulpit? Może postawić ją gdzieś z boku? A może wcisnąć ją zaprzyjaźnionej koleżance, która właśnie schodzi ze sceny? Chyba tak właśnie zrobił Orłoś.

Szanowni Organizatorzy! Z perspektywy widza przed telewizorem takie coś wygląda naprawdę żenująco. Tym bardziej, że w przypadku Wiktorów prowadzący odbierający przy okazji nagrodę to już normalnie recydywa (2006 – Wojciech Mann, 2004 – znów Orłoś) Czy w prawie czterdziestomilionowym kraju nie sposób znaleźć kompetentnego konferansjera, który przy okazji nie byłby nominowany w żadnej kategorii? Czy to naprawdę takie trudne?

A może to ja jestem jedyną osobą, która w tych praktykach doszukuje się problemu w postaci ewidentnego braku profesjonalizmu?

~ - autor: robweiller w dniu czerwiec 5, 2007.

Dodaj komentarz